Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 5 Ilość ocen: 1

Wobler

Zdzichu i Janek poszli na sumy , po chwili:
- koledzy! ratujcie!Zdziśka, wobler przygniótł.

Wobler
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (1)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Sezon

No i zaczęliśmy,
Sezon na szczupaka,
Kto żyw za kij chwyta,
Heja na biedaka,

więcej...

Sezon
  • Obecnie 4,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,7/5 (6)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Rybie Oko/Artykuły/Opowiadania/Powrót do .... 

Powrót do ....

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 3075 
Komentarzy: 0 
ID: 47015 
Węzeł: 28224 
Ryszard Siejakowski

Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,
Do tych, co mają tak za tak-nie za nie-
Bez światło-cienia....
Tęskno mi, Panie....

Tęskno mi ówdzie, gdzie któż o mnie stoi?
I tak być musi, choć się tak nie stanie
Przyjaźni mojej!....
Tęskno mi, Panie....
/C.K.Norwid/

Z domu wyjechał późnym popołudniem. Długi letni dzień, pozwolił mu spokojnie dojechać do ukochanego miejsca, przed zmierzchem. Nie cierpiał jazdy samochodem o zmierzchu. To była najgorsza pora do jazdy, gdy wszystko stawało się szare i bezkształtne. Cieszył się jak dziecko, że udało mu się wyrwać trochę wolnego czasu i pojechać do innego świata, nie przystającego do współczesnego życia, pełnego bieganiny, stresów i wyrzeczeń. Lżej mu się zrobiło, gdy pozostawił za sobą zgiełk wielkomiejski i uliczne korki. Jechał spokojnie osiemdziesiątką. Bez gwałtownych zrywów, bez gnania na złamanie karku. Wyjazd miał być pełnym relaksem od początku do końca.

Napływały wspomnienia sprzed kilku lat, gdy pojechał tam pierwszy raz. Niewielka rzeczka, wijąca się wśród leśnych ostępów, zauroczyła go całkowicie. Oniemiał, gdy zobaczył to cudo przyrody, z krystalicznie czystą wodą. Światło słoneczne, przebijające się przez listowie nadbrzeżnych olch, grało refleksami na niespokojnej toni, szumiących szypotów. Wszechogarniającą ciszę tego zakątka, od czasu do czasu przerywało tylko stukanie dzięcioła, pracowicie wydłubującego korniki z drzew lub wrzask przepłoszonej sójki.

Rozpoczął swoją przygodę z kropkowanymi od drewnianego mostku, przerzuconego nad rzeką. Już po pierwszych pięćdziesięciu metrach, miał pierwszy kontakt z pstrągiem. Skubaniec wyskoczył za dużego głaza spoczywającego w nurcie, zrobił przewrotkę, delikatnie przyszczypnął wiróweczkę i odpłynął do swej kryjówki. Nie chciał powtórzyć ataku, mimo wielokrotnie ponawianych prób. Pierwsze niepowodzenie. Przeszedł kolejne 100 metrów i natknął się na zwalony pień olchy, skośnie przegradzający nurt.

Spokojnie rozważał jak najkorzystniej podać przynętę, aby nie spartolić pierwszego rzutu. Posłał ją dobre dwa metry powyżej zwaliska i przeprowadził przez przewęzenie pomiędzy zwalonym pniakiem a swoim brzegiem. Gdy blaszka "wchodziła" w rynnę za wlewem, ostre targnięcie szczytówki kija i poczuł wibrujący ciężar zaciętej ryby. Po kilku chwilach, umiejętnie podprowadził czterdziestaka po nogi. Chwyt od spodu i srebrzyste życie, nakrapiane czerwonymi plamkami, wylądowało na trawie. Pierwszy zaliczony pstrąg na nowej rzece, znalazł swoje miejsce w plecaku.

Szedł dalej w górę rzeki, nie licząc upływającego czasu i miał swój dzień, dzień pstrąga. Przez kolejne dwie godziny, udało mu się wyjąć jeszcze trzy pstrągi, z których kolejny czterdziestak, dołączył do pierwszej zdobyczy. Słońce już dawno przekroczyło zenit, gdy znalazł zaciszne miejsce na odpoczynek. Dwie kanapki, kubek kawy, paieros.

Gorąco dnia i przebyta droga przez krzaczory, wywołały znużenie. Postanowił na chwile się położyć na nadbrzeżnej trawie. Zbudziły go krople rzęsistego, czerwcowego deszczu. W śnie stracił poczucie czasu i dopiero po chwili zreflektował się, że to już późne popołudnie. Pospało mu sie, oj pospało.

W oddali słychać było odgłos zbliżającej się burzy. No to mamy koniec łowienia, przemknęło mu przez myśli. Pora wracać do wsi gdzie zostawił swój pojazd. Oszacował, że ma do przejścia co najmniej pięć kilometrów w całkowicie sobie nieznanym terenie. Gdy dotarł do leśnego duktu, burza rozszalała się na dobre. Szczytami sosen targały ostre porywy wichury, sypiąc na ziemię zeschniętymi gałęziami. Obfity deszcz zamienił się w oberwanie chmury. Cieńka, przeciwdeszczowa kurtka puściła na szwach i czuł na plecach spływającą wodę.

Po następnych dwóch kilometrach był całkowicie mokry, od stóp do głów. W woderach chlupotała woda, a przemoknięty plecak ciążył jak diabli, wrzynając się w ramiona. Minęło jeszcze ponad pół godziny gdy wreszcie dotarł do swego samochodu, pozostawionego nieopodal małej chałupki, przykucniętej na skraju wsi. Był zły na siebie, za swój brak rozsądku i nieplanowaną drzemkę w leśnej głuszy. Chciało ci się spać, to teraz będziesz jechał w mokrych gaciach do domu, baranie, rzucił złośliwie pod swoim adresem.

Nieporadnie pakował swoje wędkarskie bambetle do samochodu, gdy uchyliły się drzwi wiejskiej chałupki i na progu pojawiła się postać starszej kobiety.

- Niech Pan zamknie ten samochód i zapraszam na gorącą herbatę do nas.

Skwapliwie skorzystał z propozycji i dziękując za zaproszenie, wszedł do domostwa. Bieda wyglądała z każdego kąta. To ubóstwo, tak charakerystyczne dla polskiej wsi, onieśmielało go. Czuł się dziwnie skrępowany.

- Przepraszam, za kłopot ale dopadła mnie burza. Może się Pani śmiać z miastowego ale jestem kompletnie mokry. Wypije herbatę, trochę się rozgrzeje i pojadę do domu.
- A Pan z daleka?
- Z Poznania!
- Z Poznania? I taki szmat drogi chciało się Panu tutaj jechać?
- Przyjechałem połowić pstrągi. A pstrągarze to ludzie trochę nienormalni. Za pstrągiem potrafią pojechać na drugi koniec Polski. Nie było by problemu, tylko ten pieruński deszcz dopadł mnie nad rzeką i widzi Pani wyglądam jak wariat z mokrą głową- dokończył, usmiechając się.
- Mój Józek też łowi. Józek, znaczy się mąż.
- A gospodarza nie ma w domu?
- Pojechał do sąsiedniej wsi i powinien wkrótce wrócić.

Przełykał gorącą herbatę, gdy do kuchni wszedł zmoczony mężczyzna w słusznym wieku.

- Mamy gościa? - zwrócił się do kobiety.

- Józek, Pan jest z Poznania. Zmókł i zaprosiłam go na herbatę.
- Dobrze mamusiu zrobiłaś- roześmiał się głośno.

Podszedł i wyciągnął rękę na przywitanie. Moja dłoń utonęła w dużej, szorstkiej i spracowanej dłoni mężczyzny. Usiadł obok i bacznie zaczął mi się przygladać.

- I co, warto było taki kawał jechać?
- Warto. Mam dwa ładne pstrągi, takie trochę powyżej czterdziestki.
- Pofarciło się! A gdzie Pan łowił?
- Poszedłem od mostu w górę rzeki i zaraz za mostem miałem pierwsze wyjście ale mnie wykręcił. Trochę dalej miałem pierwszego a drugiego dostałem przed tym spalonym mostem.
- I dalej Pan nie szedł?
- Chciałem ale mnie dopadła burza i musiałem wracać!
- Mamusiu, podaj obiad dla nas i dla gościa.
- Dziękuje bardzo, tylko dokończę herbatę i będę się zbierał do domu. Mam trochę do przejechania a zrobiło się już poźno.
- O pustym żołądku będziesz Pan jechał? Żona zaraz przygotuje. Gorący rosół dobrze Panu zrobi.

Nie wrócił tego dnia do domu. Gospodarze nie przyjmowali żadnych tłumaczeń.

- Gdzie o ciemnicy i deszczu będzie Pan jechał! Burza poszła na Poznań i będzie lało po drodze jak diabli. Obok jest pusty pokój, może się Pan tam przespać. Żona zaraz przygotuje spanie dla Pana, a jutro Pan sobie spokojnie wróci do Poznania.

Mimo przekonywań ze swej strony, nie dali sobie wytłumaczyć i noc przespał u sympatycznych gospodarzy. Jeździł tam wielokrotnie i pomału zaczęto traktować go jak domownika. Na święta nie zapominał wysyłać kartek z życzeniami.

Wyrwał się ze swoich wspomnień i ze zdziwieniem stwierdził, że juz prawie dojeżdża do wioski, gdzie zamieszkiwał pan Józef z żoną. Nie uprzedził ich o swym dzisiejszym przyjeździe i niepokoił się, czy zastanie ich w domu. Minął już prawie rok od ostatniego pobytu. Gdy podjeżdżał pod chatę, spostrzegł, że pochyliła się od starości przez ten rok. Wiejska bieda nie pozwalała na bieżące remonty. Wjechał na podwórze, wyszedł z samochodu i zastukał do drzwi. Roześmiana, starsza kobieta uchyliła podwoje.

- Józek, przyjechał Pan Ryszard z Poznania. Mamy gościa.

Z szacunkiem ucałował spracowaną dłoń gospodyni. Był wśród swoich. Był tam gdzie chciał być.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Blog o wszystkim maam.pl

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).